WIADOMOŚCI

Złapać Jordana

04.03.10

Fot. Peugeot

Po raz pierwszy od czterech lat i sformowania Super Aguri w Formule 1 pojawiły się ekipy zbudowane od zera. Kto powinien być dla nich punktem odniesienia? Świetnym przykładem jest Jordan.

W ostatnich latach w F1 obserwowaliśmy mnóstwo zmian właścicielskich, których najlepszych przykładem jest założona w 1991 roku przez Eddiego Jordana stajnia z Silverstone. Pod koniec 2005 roku Irlandczyk sprzedał swój team Alexowi Shnaiderowi, który przemianował ekipą na MF1 Racing. Plany były ambitne, ale już rok później Rosjanie sprzedali team Spykerowi. Holendrom jednak również zabrakło pieniędzy i w ten sposób w 2008 roku narodził się hinduski Force India, który na dobre zadomowił się w środowisku Formuły 1. 

Rosnące koszty od dawna stanowiły coraz większy problem – nawet dla najzamożniejszych ekip. Ogólną sytuację pogorszył jeszcze światowy kryzys finansowy, który zmusił trzech producentów (Hondę, BMW i Toyotę) do całkowitego wycofania się w F1. Na szczęście, ekipy z Barckley i Hinwil udało się ocalić. W przypadku Toyoty, scenariusz się jednak skomplikował, bo Międzynarodowa Federacja Samochodowa raczej nie zaryzykuje eksperymentu z Zoranem Stefanovicem. A przynajmniej nie w tym sezonie.

Nieskończone pokłady wytrwałości
Zakładający ograniczenie budżetów do 40 mln funtów rocznie projekt Maxa Mosleya, byłego już prezesa FIA, nie wszedł w życie, ale przyciągnął kilkunastu chętnych. Ostatecznie FIA wybrała cztery projekty – US F1, Campos, Virgin i Lotus. Wiemy już, że w Bahrajnie zabraknie amerykańskiej ekipy, ale pozostałe trzy (Campos w międzyczasie zmienił się w HRT F1) dołączą do kolorowego cyrku Berniego Ecclestone’a.
 
Na co mogą liczyć nowicjusze? Przedsezonowe testy bezlitośnie pokazały, że Lotus i Virgin (HRT F1 nie zdążył z przygotowaniami) rozpoczną sezon w roli outsiderów. Nie jest to zaskoczenie, ponieważ F1 jest niezwykle złożonym sportem, w którym na sukces pracują setki czynników. Oznacza to, że przynajmniej na razie – nowe zespoły – będą rywalizowały w swoim gronie, ale nie jest wykluczone, że z czasem uda im się przebić wyżej. Jak wysoko? To już zależy od sprawności organizacyjnej i możliwości finansowych nowych teamów, zdolności pracujących w nich inżynierów oraz kierowców, których jedną z zalet musi być umiejętność rozwoju samochodu. Inaczej mówiąc, czeka ich gigantyczny wysiłek, okraszony nieskończonymi pokładami wytrwałości, ponieważ „stare” zespoły nie będą przecież próżnowały.

Jordan wskazał drogę
Wszystko jednak wskazuje na to, że Lotusowi, Virgin i HRT F1 ciężko będzie nawiązać do osiągnięć wspomnianej wcześniej ekipy Jordana, która w 1991 roku przebojem wdarła się do F1. Zbudowany przez Gary’ego Andersona model 191, którego napędzały zresztą silniki Coswortha (nowe ekipy korzystają z napędu brytyjskiej marki), okazał się niezwykle udany i pozwolił stajni z Silverstone na zdobycie 13 punktów (w Kanadzie Andrea de Cesaris i Bertrand Gachot finiszowali odpowiednio na czwartej i piątej pozycji) i uplasowanie się na piątej pozycji w klasyfikacji konstruktorów.

Dwa lata później świetnie radził sobie również debiutujący Sauber. C12 imponował szybkością, pozwalając JJ Lehto i Karlowi Wendlingerowi na nawiązanie walki ze zdecydowanie bardziej rutynowanymi ekipami. W sumie udało się zdobyć 12 punktów i Szwajcarzy zakończyli sezon na szóstym miejscu w rankingu konstruktorów.

Na takie sukcesy Lotus, Virgin i HRT F1 chyba nie mogą liczyć. Miejmy jednak nadzieję, że ich przygoda z Formułą 1 będzie dłuższa niż sugeruje to prezes Ferrari Luca di Montezemolo. Jeżeli zatem można im czegoś życzyć przed zbliżającym się debiutem, to przede wszystkim wpisania się przynajmniej na jakiś czas w krajobraz Jedynki.

Wasze komentarze
  • fajny tekst
    seth 04-03-10 15:30