05.05.09Relacja zwycięzcy konkursu
Zakończył się nasz konkurs "Zasiądź za kierownicą bolidu Formuły 1" sponsorowany przez firmę Intel. Zwycięzca pojechał na tor Circuit du Var na południu Francji i publikujemy jego relację.
Można powiedzieć, że firma Intel oraz serwis Pit Stop F1.pl spełniają marzenia. Tak, marzenia. Tym właśnie była dla mnie, pasjonata motoryzacji i fana Roberta Kubicy, przejażdżka prawdziwym bolidem Formuły 1. Na własnej skórze mogłem poczuć niebotyczną moc prawie 1100 koni mechanicznych na tonę (zwykłe samochody rzadko dysponują mocą 100 koni na tonę). Jednak zacznijmy od początku, ponieważ nie tylko sama jazda jest warta opisania...
... dla mnie „zabawa” zaczęła się na długo przed planowanym szkoleniem. Z powodu nadwagi musiałem przebyć długą drogę przez ostrą dietę i przeprowadzkę na siłownię by dopełnić wymagań regulaminu. Zrzucenie 25 kg w dwa miesiące było bardzo trudne, jednak bolid F1 odpłacił się później z nawiązką za włożony trud. Jazda jazdą, jednak trzeba było gdzieś przenocować. Wybór organizatora imprezy padł na La Grande Lauzade, gdzie gospodarz wynajmował gościom pokoje swojego domu (taka agroturystyka po francusku). Wchodząc do posiadłości miało się wrażenie cofnięcia w czasie o 150 lat, co w połączeniu z prowansalskim klimatem okolicy dawało piorunujący efekt. Jeżeli dodamy jeszcze do tego urokliwe miasteczko Le Luc, to wszystko tworzy harmonijną całość, która wprowadza człowieka w stan błogiego spokoju.
Następnego dnia już o 8 rano znaleźliśmy się na torze. Po zgłoszeniu swojego przybycia zostałem pokierowany do szatni gdzie w szafce oznaczonej moim nazwiskiem czekał już kombinezon, kask, buty i rękawiczki. Te ostatnie pozostały tam przez cały dzień, ponieważ postanowiłem użyć swoich rękawiczek z autografem Roberta Kubicy. Chwilę potem udałem się na odprawę, podczas której instruktor zaznajamiał uczestników kursu z podstawami obsługi jednomiejscowego bolidu i zasadami bezpieczeństwa. Potem przejażdżka po torze busikiem, podczas której instruktor opisał nam wszystkie zakręty. Dopiero miał się rozpocząć właściwy program - najpierw bolid Formuły 3.
Mała wyścigówka była napędzana dwulitrowym silnikiem Opla, który generował 180 koni mechanicznych. Wydawać by się mogło, że to niewiele, jednak przy masie pojazdu nie przekraczającej 450 kilogramów, mocy było aż nadto. Z trudem wsunąłem się w bardzo ciasny kokpit (odchudzanie naprawdę się przydało), obsługa toru spięła mnie sztywno 5-cio punktowymi pasami. Włączam zapłon, naciskam starter i po lekkim dodaniu gazu silnik budzi się do życia. Startujemy! Celem tego przejazdu było przejechanie 5 okrążeń, podczas których miałem zaznajomić się z autem, torem oraz degresywnym sposobem hamowania, które jest niezbędne podczas jazdy bolidem F1. Wrażenia z jazdy F3 są porównywalne do jazdy w Ferrari F430. Moc silnika jest dostępna praktycznie zawsze i nie ma większego znaczenia czy jedziemy na drugim, trzecim czy czwartym biegu - przyspieszenie i tak wydaje się takie samo. W ciągu pierwszych 5 okrążeń jak i kolejnych 10 w małych wyścigówkach instruktorzy usilnie nalegali, by nie szarżować i skupić się na nauce toru i zachowań auta. Dlatego też nie jechałem na 100% swoich możliwości. Okrążenia szybko minęły, a uczestników szkolenia zabrano do garażu AGS, gdzie do obejrzenia było przeszło 10 bolidów F1 z różnych lat (w tym pierwszy bolid Nicka Heidfelda), oraz kilkanaście innych wyścigówek. Oglądanie garażu zakończono obiadem, po którym miał nastąpić najważniejszy punkt imprezy.
Do boksu wjechał bolid AGS JH 24, napędzany 650-cio konnym silnikiem Coswortha. Tym bolidem obecny wicemistrz świata samochodów turystycznych – Gabriele Tarquini, zdobył swój jedyny punkt w F1. Zasiadłem za sterami. Odpalono mój silnik. Huk był tak wielki, że obsługa toru na migi pokazywała mi czy gazu jest wystarczająco dużo. Wreszcie puszczam sprzęgło i powoli wytaczam się z boksu, o dziwo nie zgasiłem silnika. Dociskam gaz, jednak pierwsze zakręty jak na standardy F1 wręcz żółwim tempem. Kawałek prostej, próbuje przyspieszyć… i nic. Bolid jest niewiele szybszy niż F3. Zastanawiam się, co się dzieję, chyba powinno być szybciej. Patrzę na obrotomierz – 4 tysiące. No tak, mówili, że zbiera się dopiero powyżej sześciu, a kręci się do jedenastu. Dojeżdżam do nawrotu, z którego wyjeżdżam na dwójce (by trzymać silnik na obrotach), gaz na wyjściu na maksa, wskazówka obrotomierza niemrawo dochodzi do 6 tysięcy, powolutku przekracza tą granicę, po czym…. otwierają się bramy piekieł!
Bolid dostaje niesamowitego przyśpieszenia, które można przyrównać tylko do wejścia w nadświetlną. Wszystko się jakby wydłuża, nawet moje ręce. Jezu! Coś mi miga na kierownicy, o co chodzi? Ach, kolejny bieg. Zapinam trojkę. Jest jeszcze szybciej. Silnik ryczy tak niemiłosiernie, że nie słyszę nawet własnych myśli. Nim kończy się trójka zbliża się ostry zakręt. Hamulce. Pierwsza myśli – Boże! On w ogóle nie reaguje! Pół sekundy później, kiedy karbonowe tarcze się nagrzały prawie uderzyłem kaskiem o kierownicę. Pokonuję zakręt. Wiem już jak przyspieszać. Prosta startowa i wszystko od nowa. Dwójka. Gaz. Mózg przełącza się na tryb awaryjny. Widzę tylko dwie kreski, miedzy, którymi muszę utrzymać auto i lampkę od zmiany biegów. Trójka. Adrenalina rozsadza mi głowę. Czwórka. Ryk silnika i prędkość są tak wielkie, że pojawia się czysty strach. Zaraz potem koniec prostej i deptanie hamulca. Wszystko po to by przetoczyć się przez następne zakręty i na prostej zacząć wszystko do nowa. Tylko na prostej, ponieważ amator nie da rady pojechać, na chociaż połowę możliwości bolidu w zakręcie. Wyjście na prostą, gaz i ponowne 500 metrów czystego odlotu. Pełnej mozaiki uczuć: strachu, podniecenia, zaspokojenia i poczucia boskości połączonych z takimi wrażeniami fizycznymi, że człowiek nie wie jak ma na imię, gdzie jest i co robi. Po trzech okrążeniach w końcu wracam do boksu. Nie umiem złapać oddechu. Mija jakieś 3 minuty zanim dochodzę do tego gdzie jestem i co się stało. Tego nie da opisać się słowami, to trzeba po prostu poczuć. 3 krótkie okrążenia rekompensują męki na siłowni, długą podróż i jazdę w F3 nie do końca po mojej myśli. To nie był jednak koniec.
Chwilę później podjechał dwuosobowy bolid F1. Profesjonalny kierowca zaserwował pełen pakiet przeciążeń. Po dwóch zakrętach stwierdziłem, że przestanę podtrzymywać kark, bo i tak nie dam rady, a jutro pewnie będę płakał z bólu mięśni szyi. Ten przejazd też był niesamowity, jednak na prawym, a w tym przypadku na tylnym fotelu traci się prawie połowę wrażeń. W dodatku nie chodzi tutaj o widoczność, bo mimo tego, że siedzi się za kimś to widać wystarczająco dużo. Po prostu ja wolę trzymać kierownice w dłoniach ;)
Niestety dzień się kończył i trzeba było wrócić do hotelu, a następnego dnia do Polski. Pewnie byłoby przygnębiająco, że coś tak wspaniałego się kończy. Ale organizator zadbał także o to i w drodze na lotnisko wracaliśmy wzdłuż lazurowego wybrzeża. Teraz już wiem czemu ludzie są nim tak zafascynowani ;)
Czas na podsumowanie. Chcę tu jeszcze raz podziękować organizatorom – firmie Intel i serwisowi Pit Stop F1.pl za umożliwienie mi tak fantastycznego wyjazdu. Wyjazdu, który zmienia sposób patrzenia na F1 i całą motoryzacje. Już wcześniej miałem niezłego świra na punkcie samochodów. Ten wyjazd jeszcze bardziej pogłębił moje uzależnienie... mam nadzieję, że w przyszłości uda się to co najmniej powtórzyć ;)
Paweł Zając




RSS FEED




