Ferrari przywiozło do Austrii nowy silnik i nic to nie dało
Po tygodniu zapowiedzi o dodatkowych koniach mechanicznych Hamilton skończył piąty, Leclerc ósmy, a na torze, gdzie liczy się moc, tempa brakowało od pierwszego okrążenia.
Ferrari przyjechało na Red Bull Ring z zapowiedzią większej mocy: poprawiony silnik, nowe paliwo, kilka koni mechanicznych więcej. Po wyścigu zostały dwie liczby — piąte miejsce Hamiltona i ósme Leclerca.
Najgłośniej było o strategii Hamiltona. Ferrari ściągnęło go po dodatkowy postój i miękkie opony, licząc, że świeższa guma da przewagę. Nie dała. Brytyjczyk sam przyznał, że bez tego ryzyka mógł skończyć czwarty — a skończył piąty.
Leclerc miał wyścig jeszcze gorszy. Od początku zgłaszał problemy z turbo, a jechał z uszkodzonym tylnym skrzydłem, którego nie wymieniono podczas postoju. Monakijczyk wypadł z czołówki, przepuścił Norrisa i dojechał ósmy.
To nie był pech jednego kierowcy. Oba bolidy nie miały tempa — Piastri w McLarenie minął Leclerca na torze, a Hamilton przez większość wyścigu bił się nie o podium, lecz o czołową piątkę. Dwa tygodnie wcześniej w Barcelonie Ferrari jechało równo z najlepszymi. W Austrii zostało w tyle.
Red Bull Ring to tor, na którym liczy się moc, i właśnie tu zapowiadane poprawki nie zrobiły różnicy. Tempa brakowało od pierwszego okrążenia. W padoku oceniano to trzeźwo: odrobienie straty po stronie jednostki napędowej to kwestia roku, a realnie dwóch.
W klasyfikacji konstruktorów Ferrari jest drugie ze 204 punktami, ale do Mercedesa traci już blisko sto. Wśród kierowców zwycięstwo Russella zepchnęło Hamiltona na trzecie miejsce — Brytyjczyk ma 125 punktów, Leclerc jest dopiero szósty z 79.
Za tydzień Silverstone, tor mniej zależny od czystej mocy. Tam Ferrari ma szansę wypaść lepiej. Austria pokazała jednak, że sam nowy silnik nie wystarczy.