Ferrari po Monzy: kraksa Leclerca i silnik, który nadal nie dogonił Mercedesa
Po uderzeniu z przeciążeniem 60G Leclerc mówił o dziwnym zachowaniu auta, a nowa specyfikacja silnika nie zlikwidowała straty do Mercedesa.
Monza miała być weekendem Ferrari. Skończyła się kraksą Leclerca i kolejnymi pytaniami o silnik.
Charles Leclerc rozbił się na drugim okrążeniu niedzielnego wyścigu, w Parabolice. Wyścig przerwano czerwoną flagą, a przeciążenie przy uderzeniu wyniosło 60G. Kierowca wyszedł z auta o własnych siłach, choć tuż po zderzeniu miał kłopoty z widzeniem na prawe oko i przed Madrytem czekają go dodatkowe badania. Winy na siebie nie wziął: mówił, że auto zachowywało się „dziwnie” przy dodawaniu gazu i że zespół sprawdzi dane.
Druga sprawa zaczęła się już na starcie, gdzie Leclerc i Lewis Hamilton starli się w pierwszej szykanie. Monakijczyk przyznał, że walka „zaszła za daleko”, ale odrzucił sugestie o konflikcie w zespole i sam zapytał, kto właściwie tę narrację napędza. Hamilton mówił z kolei o braku jasnych zasad ścigania w Ferrari. Ten pojedynek rozgrzał kibiców Ferrari bardziej niż walka z resztą stawki, a powód widać w tabeli: przed Monzą Hamilton był trzeci ze 183 punktami, Leclerc piąty ze 155. To drugi sezon ich wspólnej pracy w Maranello i dziś lepszy dorobek ma Anglik.
Osobny temat to silnik. Ferrari przywiozło na Monzę drugą poprawkę w ramach ADUO, szacowaną na około 15 koni mechanicznych, a Frédéric Vasseur od razu studził oczekiwania: to „małe kroki”, nie odrobienie dystansu. Strata do Mercedesa została. W kwalifikacjach Ferrari jechało na prostej o 5,6 km/h wolniej od napędzanego Mercedesem Haasa, a akurat na Monzy takie ubytki bolą najbardziej. Zespół nie zamierza łatać tego w tym sezonie — nowy silnik szykuje na 2027 rok.
Monza dała też argument krytykom tegorocznych przepisów. Po raz pierwszy najdłuższe proste w kalendarzu nie dały najwyższych prędkości maksymalnych — wyższe wartości padły na Catalunyi. Część kibiców mówi wprost, że przepisy zepsuły charakter toru.
Kibice mimo wszystko zostali przy Leclercu; kraksa na domowym torze nie obróciła się przeciwko niemu. Sam kierowca podziękował im po wyścigu za wsparcie i zapowiedział powrót w mocniejszej formie, a Hamilton pisał o pasji, jaką dostaje od tifosi.
Bilans weekendu jest prosty. Przed Monzą Ferrari traciło do Mercedesa 87 punktów w klasyfikacji konstruktorów i domowy wyścig miał tę stratę zmniejszyć. Nie zmniejszył. Za tydzień Madryt i czternasta runda sezonu — dopiero tam będzie widać, czy Monza była wpadką, czy obrazem realnej formy Ferrari.