Hamilton wygrywa w barwach Ferrari. Pierwsze zwycięstwo, na które padok już go skreślił
Barcelona dała mu pierwszą wygraną w czerwonych barwach. A po drugiej stronie garażu Leclerc przegrał wyścig przy biurku stratega.
Lewis Hamilton wygrał GP Hiszpanii i po raz pierwszy stanął na najwyższym stopniu podium w barwach Ferrari. Jeszcze parę miesięcy temu mówiono o nim w czasie przeszłym: projekt sentymentalny, najlepsze lata zostały w Mercedesie, Ferrari po cichu pożegna się z tym pomysłem. Dziś ci sami kibice piszą o filarze Maranello. O ósmym tytule nikt rozsądny jeszcze nie wspomina, ale liczy się tempo zmiany — to, jak szybko padok potrafi odwrócić swój własny werdykt.
Drugie miejsce George'a Russella przeszło niemal niezauważone, choć dało mu punkty w mistrzostwach i przypomniało, że sprawa Monako wciąż ciąży na tym sezonie. Brytyjczycy zajęli dwa pierwsze stopnie podium, a trzeci dołożył Lando Norris, pilnując, by McLaren został w grze.
Po drugiej stronie garażu Ferrari rozgrywał się zupełnie inny scenariusz. Charles Leclerc uparł się, że ma tempo, odmówił zjazdu do boksu — i tempa zabrakło wtedy, gdy było najbardziej potrzebne. Kibice nie mieli litości: w jednym garażu odrodzenie, w drugim wyścig przegrany własnym uporem. Trudno o ostrzejszy kontrast w jednym zespole.
Przed startem mało kto stawiał na taki finał — typowano spokojne 1–2 Mercedesa, a Ferrari traktowano jako tło. Tym ciekawsze jest pytanie na kolejne dni: jednorazowy błysk czy początek czegoś, o czym będziemy mówić do końca sezonu?